Usiądźcie wygodnie w fotelu, niech otuli was ciepło domu, a kubek z gorącą herbatą trzymajcie mocno w dłoni, bo za chwilę przeniesiecie się tam, gdzie o tym wszystkim możecie tylko pomarzyć…
31 maja 2003 roku, urodzony w Newry, Terence „Banjo” Bannon zdobywa najwyższy z ośmiotysięcznych szczytów himalajskich. Mount Everest jest pod jego stopami.
To jego drugie spotkanie z tą górą, i jako drugi Irlandczyk zdobywa tę górę od strony północnej. Wcześniej dokonał tego jego rodak – Dawson Stelfox, który wszedł na Everest 27 maja 1993 roku. Bannon był wtedy w jego ekipie, ale niestety nie udało mu się zdobyć szczytu. Czekał na ten dzień 10 lat…
Everest – najwyższa góra świata (8 849m) znajduje się w kręgu zainteresowań wspinaczy już od 1904 roku, ale poddaje się człowiekowi dopiero 29 maja 1953 roku, kiedy na jej szczycie stają Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Szczyt pokryty grubą warstwą lodu i głębokiego śniegu, z temperaturą sięgającą poniżej – 40 stopni, to świat dla wybrańców. Silny wiatr uniemożliwiający oddychanie, lawiny, i śmierć czyhająca dosłownie na każdym kroku, to wszystko sprawia, że wysokie góry są tak niedostępne i tak… pociągające. Terence Bannon o tym wie.
Po nieudanej próbie wejścia na Everest, Bannon wykorzystuje swoją szansę i rusza na podbój w 2003 roku. W kolejno zakładanych obozach, na coraz większych wysokościach przygotowuje się do ataku szczytu. W obozie 2 na wysokości 7 800 m wiejący z niewyobrażalną prędkością wiatr, porywa namioty i butle z tlenem. Na tej wysokości zaczyna się tzw. strefa śmierci. Tutaj himalaista walczy już nie tylko z pogodą i zmęczeniem, jego najgroźniejszym przeciwnikiem staje się niedotlenienie powodujące obrzęk mózgu i płuc. Pozbawiony butli z tlenem Terence idzie do obozu 3 na wysokości 8 300m – wejście na taką wysokość i atak szczytu wydaje się być w tym momencie niemożliwy. Ale „Banjo” się nie poddaje i rusza na szczyt. Rzuca wyzwanie sobie i górze. Wspierają go Richard Dougan, David Sharp, Jamie McGuinness i Sherpa Ang Furi. To właśnie o nich będzie potem mówił, jak wiele im zawdzięcza i będzie podkreślał ich wysiłek.
Wyprawa kończy się sukcesem, góry, które tak pokochał dały mu nie tylko pewność siebie, ale pozwoliły też spełnić marzenia.
Terence „Banjo” Bannon ma swój mały pomnik, monument poświęcony tej wyprawie. Zerknijcie czasem w jego stronę i pomyślcie o tym , że niemożliwe może stać się realne…


